niedziela, 29 września 2013

Hooded woman, czyli kapturka w lesie.

Pamiętacie serial "Robin of Sherwood"? Nie ukrywam, że odcisnął on ogromne piętno na mojej estetce. Mgła, północ, zakapturzone postacie... Dodatkowo muzyka Clannad.





W roli głównej kaptur. Po tę sukienkę od Basic Station pobiegłam osobiście na ostatnie dni targów do Blue City. Planowałam tylko obejrzeć jak wygląda, a kupiłam prawie cały asortyment :) Fakt, że zawiera on jedynie kilka modeli, wyjątkowych w swoim fasonie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Tyle miłych skojarzeń budziły te na pozór proste fasony... Nie żałowałam ani przez chwilę tej inwestycji. Przede wszystkim nawiązałam cudowny kontakt z Panią Agnieszką Zawadą. Prowadzącą firmę wraz ze swoją córką. Wspaniała, ciepła osoba. Chciałabym tylko z takimi ludźmi zawierać transakcje i obcować! 

Historia tego spotkania ma ciąg dalszy, do którego nawiąże przy okazji innej stylizacji. ;)



Dodatkowo połączyłam ją z:

Sukienka/ dress: Basic Station
Płaszcz/Coat: H&M
zakolanówki/overknees: Calzedonia
skórzane rękawiczki/ leather gloves: vintage
buty/shoes: DeeZee
torba/handbag: Zara

zjdęcia Adam Arcanov























czwartek, 26 września 2013

Złośc nie jest zła. Nie mam czasu na rzeczy, które mi nie odpowiadają.

Co raz częściej znajdując sie w rozmaitych niekomfortowych sytuacjach, bardzo szybko reflektuję się, że należy odpuścić. Co przez to rozumiem?
Każdy z nas podejrzewam miał okazje przekonać się o tym, jak działają toksyczni ludzie. Mogą być tego formy delikatniejsze, czyli np. nudziarze tzw. typ społeczny zatruwający nas swoimi historiami o hodowli roślin doniczkowych, albo ekstremalne odmiany, w których ktoś po prostu przekracza naszą granicę. Nigdy nie ma uzasadnienia dla braku szacunku do naszej osoby. Ile razy przetważalismy pozniej w swoich głowach źle rozegrane dyskusje, "a powiedziałabym jeszcze to i tamto" albo nawrzucała komuś. Bronić trzeba siebie i nie bać się okazać swojej złości lub wku.. wręcz. To bardzo zdrowe, bo co nie wyjdzie w odpowiednim czasie,znajduje ujście później… I tak można dorobić się raka.  Nie ma złych emocji, są złe formy ekspresji. 
Nie popieram żadnej formy agresji, czy przemocy fizycznej. Tym bardziej branie spraw w swoje ręce może nam tylko napędzić szkody. 

Masz ochotę czasami komuś przypier. ?  Nie warto, co nie oznacza, żeby nie reagować. Przed samym soba wyjdź z uczuciami. W ten o to sposób etapami: "sprawiasz mi przykrość, później obrażasz mnie, a na końcu stawiaj granice". Tego uczylam sie latami. Działa. Nie chodzi o to by kogokolwiek edukowac, bo.. nie uda nam się. Czym skorupka przesiąkła za młodu… itd
Robimy to dla samych siebie, bo stawianie granic, to jedna z najważniejszych czynnosci dla dobra naszego zdrowia psychicznego. A jeśli juz jestem w temacie, to warto pamiętać, że właściwie wszelkie problemy ludzi maja uzasadnienie psychologiczne. Prościej - wywodzą się z kompleksów  Są przypadki mniej lub bardziej psychopatyczne ale coś jest na rzeczy. Przynajmniej w moim odczuciu. Warto w to wierzyć, ułatwia życie. Niekiedy nic się nie da zrobić i tu znowu należy odpuścić, czyli darować sobie całkowicie kontakt z taką osoba. 
Nie zawsze jednak się da. Niestety. :/





No coż, gdy ktoś gwiazdorzy lubię sprawdzać jego dystans. Są gorsze i lepsze dni, rozumiem  ale nie znosze spiętodupstwa, serio. Szczególnie praktykuję tę zasadę na zadufanych w sobie facetach. Obczajam wtedy,czy maja jaja, czy są, jak mawia moja kumpela "miękkimi frytami". ;) Typy egotyczne wielbie sprowadzac do wlasciwego poziomu podłogi bez epitetów, żąglując ironiami. 
Po prostu od pewnych tekstów aż mi w uszach trzeszczy. Nie daję rady no. Teatralizacja, pozerstwo… A już najgorzej mnie można zirytować seksizmem. Sami wiecie. 
Tak tez uczyniłam niedawno ale nie chce zdawać sprawozdania. Obrażono mnie, dosłownie. Bez żadnego uzasadnienia. Nikt nie będzie sobie mną wycierał gęby. Przebrała się miarka, wypowiedziałam się o tym we własnej służbie bezpieczeństwa. A na koniec było trzasniecie drzwiami. Nie żadna 'drama queen'. To nie mój styl. Markizowo obiecuję.. Choć przekląć nie zaszkodzi. ;) Już trochę ochłonęłam. Uff Jakże ludzie uwielbiają dorabiać sobie teorie na czyjś temat... Ale o tym już innym razem. 
Nie mam w obecnym etapie życia czasu na rzeczy, ktróre mi odpowiadają. Nie godzę się na to. 
Dlatego Wam życzę odwagi i powodzenia z "toksykami".
Macie pdobne doświadczenia? Podzielcie się nimi ze mna, chętnie sie pośmieję. Pozdrawiam! :)



niedziela, 15 września 2013

O byciu soba. Słucham thrashu, choć moim ulubionym kolorem jest malinowy róż.



Nie obchodzi mnie to, że ktoś powie jesteś przewidywalna, naśladujesz Lanę del rey albo kogoś innego. Mam swoje ikony. Lana jest bardzo spoko. Jeżeli coś powielam ale robię to na swój sposób staje się moim. Całe życie budowałam swoją indywidualną tożsamość. W liceum usiłowałam być za wszelką cenę oryginalna ale zawsze znajdzie się ktoś w tej samej sukience. Nawet najlepsza przyjaciółka… Co wtedy? Szukam kolejnych niszowych rzeczy, oddalam się od samej siebie. Oczywiście poszukiwania są cenne, zaprzeczanie sobie też. Najwięcej jednak w tym było buntu 
i zwracania na siebie uwagi  poprzez wzbudzanie kontrowersji. Ja nie trzymam się żadnego wytyczonego wizerunku, staram się być daleka od tego co wypada, albo do siebie pasuje według wytyczonych norm. Cały zbiór tych rzeczy, które wyciągnęłam na drodze zaprzeczeń właśnie tworzą unikatowość. Przyjaciółka mówi, że jestem paradoksem. Każdy ma sobie wiele sprzeczności.

Poniżej moje mordy z kamerki w miksie, w tle mikrofalówka - a czemu nie.






Tak, czuję się indywidualistką. Grunt to być szczerym z samym sobą, pogodzonym 
z nieidealnym. Kanony ciągle się zmieniają. Autentyczność jest najważniejsza. Sztuczne trzeba ciągle poprawiać, aż w końcu nas samych niszczy. Nawet jeśli ktoś będzie się czepiał, to wszystko co jest prawdą, co idzie z ciebie, samo się obroni.
Uczynić atut ze swoich wad. Oswoić się z nimi, albo je zmienić. Jednak nie starać się być kimś innym. Nie przekłamywać swojego typu urody, nie naśladować na ślepo trendów. Takie truizmy, co jakoś nie widzę, żeby były wszech obecnie stosowane. Jeżeli czujesz się w czymś dobrze, wiesz że to jest "twoje", mogłabyś w tym spać, 
a nie pasuje do reszty, niech tak pozostanie, bierz to. 
Daj sobie też prawo do tego by w pewnym momencie się zmieniło, wszystko się zmienia, szczególnie my. Zostało mi z przeszłości, to że jestem fanką mocniejszej muzyki, po tym jak wyglądam nikt by się tego nie domyślił. Słucham trashu, chociaż moim ulubionym kolorem jest malinowy róż. Nie muszę obwieszczać całemu światu, że lubię Megadeth idąc ulicą. To jakiś przejaw adolescencji, trzeba wyrosnąć z dosłowności. Żadna sztuka jej nie lubi. U nas na Akademii to się nazywa "literatura", 
a powinno się opowiadać o sobie skrótami. Syntezą, domysłem. Jak w dobrym dowcipie. To się tak samo tyczy ubrań. Chodzenie całe życie 
w koszulce z zespołem i włosami do kostek nie jest najlepszym rozwiązaniem. Wygląda jakby utknąć w jakimś momencie życia i z niego bać się wyjść. Efekt: "dzidzia piernik". 

Wszystkie przejawy krzyczenia swoim wyglądem uważam za żenujące ale mam też za sobą zajawki typu "o tutaj jestem patrzcie na mnie, mam fioletowe włosy". Cóż nie każdy jest Marylinem Mansonem albo Madonną. Umiejętność bycia tu i teraz z samym sobą, znalezienie harmonii, komponowanie głową, świadomość sylwetki oraz siebie samego. To jest ideał, a nie 90-60-90.

Wciąż czuję, że w moim życiu większość jest nadal w fazie projektu. Taki etap ale chyba najgorsze to być skończonym. Niemniej jestem co raz bardziej świadoma tego czego nie mam , a co mam i to dodaje mi pewności siebie. Jestem na etapie większego spokoju i pogodzenia, bliżej siebie. Nigdy nie zamieniłabym się z nikim, ani nie chciała cofać w czasie. No chyba, że do Rokoko, jako obserwator z możliwością powrotu wedle uznania ;)

środa, 11 września 2013

Blue Jasmine

W drodze do kina Atlantic na seans najnowszego filmu Woodiego Allena przemyciłam kilka zdjęć.Swoją drogą korzystając z okazji wypowiem się krótko, żeby nie pisać długiej recenzji oraz nie zatracić właściwej treści, czy też przesłania tego postu, jakim jest oczywiście outfit. Zatem "Blue Jasmine" w moim odczuciu wreszcie powrócił do starszych odsłon reżysera. Po kilku ostatnich, nieco kiczowatych produkcjach, znowu była groteska, specyficzne poczucie humoru oraz świetne studium psychologiczne bohaterów. Ja pozostałam mile zaskoczona i na pewno treść tego filmu nie ulotni się z mojej pamięci zbyt szybko, jak to często bywa...
Strój, który mam na sobie zdecydowanie jest niezobowiązujący i przyjemny w noszeniu. Do zakupu tego sweterka podchodziłam dwukrotnie, jednak nie dawał mi spokoju. Biel stanowi 3/4 mojej szafy... Muszę się w końcu z nią uspokoić, chociaż w ubiegłym już sezonie wiosenno - letnim przechodziła renesans, 
nawet w wersji solo.

Na dół miałam włożyć obcasy zamszowe w kolorze 'nude' ale wygrały kwieciste trampki. Oczywiście jest też rozkloszowana spódniczka z moją ukochaną koronką. Powiedziałabym, że to moja klasyka gatunku :) Ciekawe jak Wam się podoba? I film i outfit...

Sweterek / Sweater: TOPSHOPSpódnica/ Skirt: StradivariusKoszula/ Blouse: TOPSHOPTrampki: Cropp
Zdjęcia Adam Arcanov